*623 mile** ....*
Zapraszamy do przeczytania relacji z rejsu Rzym - Livorno - Piza - Monaco - Korsyka - Lido - Rzym.
I znów dałam się namówić, mimo że przyrzekałam sobie po zeszłorocznej wyprawie na Morze Jońskie, że nigdy więcej...
Z Pizy do Monaco
Z Livorno do Pizy rzut beretem. Miejskim pociągiem w ciągu 20 minut znaleźliśmy się w pobliżu słynnej wieży i o wiele ciekawszej katedry i baptysterium nawiązujących do architektury islamskiej w związku z kontaktami handlowymi ówczesnych z mauretańską Hiszpanią i północną Afryką. Wokół tych perełek architektonicznych rozlokowały się stragany z pamiątkami i specjałami pięknej i bogatej Toskanii.
Szóstego dnia wczesnym rankiem płyniemy do Monaco. W nocy burza z piorunami i bardzo silny wiatr. Fachowa załoga na pokładzie, szczury lądowe na kojach trzymające na uwięzi żołądki. Chronimy się nad ranem w Imperii i cały dzień odpoczywamy po trudach nocy.
Po krótkim odpoczynku, moczeniu nóg na brzegu, szybki powrót na łódkę. Tak jak poprzednio, kapitan w stroju zabezpieczającym przed meduzami, asekuruje nasz powrót. Kierujemy się do Bonifacjo. Obserwujemy zmieniający się kolor skał wybrzeża Korsyki. Najpierw są brunatno-czerwone, później kremowe, w pełni podręcznikowy klif. Wejście do mariny prowadzi między bardzo wysokimi skałami, nad którymi górują potężne twierdze. Nasz jacht, pod czujnym okiem kapitana, prowadzi sternik (a raczej sterniczka) Ania, która pomimo młodego wieku, bardzo sprawnie balansuje między łódkami chcącymi tak jak my szybko znaleźć wolne miejsce przy kei. Upał niemiłosierny, mimo dość wczesnej pory dnia nie będzie przeszkodą, aby szybko udać się na zwiedzanie. Turyści- leniuszki wsiadają do kilkuwagonowej ciuchci, która mozolnie pnie się główną ulicą Bonifacjo na jej szczyt. Spacerujemy wąskimi uliczkami miasteczka, oglądamy stragany, sklepiki pełne towarów. Małe placyki goszczą miejscowych i przyjezdnych artystów- muzyków. Droga doprowadzi nas na cmentarz marynarzy -- miejsce niezwykłe - właściwie miasteczko umarłych. Zmarli mają swoje domki z przeszklonymi drzwiami, przez które widać tablice nagrobne z korsykańskimi nazwiskami Wśród nich odnajdujemy jedno polskie. Uliczki między domkami prowadzą na urwisko, z którego roztacza się niezapomniany widok na morze.
Powrót do mariny albo tym samym środkiem lokomocji, albo na piechotkę kamiennymi schodami -- deptakiem. Decyzja zależy od kondycji.
Wieczorem, kiedy upał nie jest tak dokuczliwy, organizm dopomina się strawy. Decydujemy się, zamiast jedzenia w jednej z licznych restauracji, na zakup pieczonych na rożnie kurczaków i szykujemy kolację na łódce.
Powrót do Lido
Następnego dnia rano wypływamy w drogę powrotną do Lido. Jest to najdłuższy etap naszej wyprawy. Ponad 30 godzin żeglowania, trochę siłą wiatru, trochę na silniku. Na Tybrze czekają na nas tym razem łabędzie przyzwyczajone do żeglarzy i oczekujące na chleb. Załoga może obyć się bez chleba! Ptaki mają pierwszeństwo!
Rzym jeszcze raz
Jest piątek, prawie dwa tygodnie podróży za nami. Jeszcze jeden wypad do Rzymu - pozostają obowiązkowo do zwiedzenia muzea watykańskie. Prawie bez kolejki kupujemy bilety i wchodzimy do przedziwnego świata przepychu zgromadzonych dzieł kultury. Aparat fotograficzny rozgrzewa się do czerwoności, chciałoby się wszystko uwiecznić. Idąc szerokimi korytarzami, salami trafiamy do poświęconej polskiemu królowi. Na ścianie olbrzymi obraz Jan III Sobieski pod Wiedniem. Powoli dochodzimy do kaplicy sykstyńskiej. W środku jak w ulu, każdy chce podzielić się ze współtowarzyszem swoim zachwytem. Strażnicy od czasu do czasu próbują uciszyć ten tłum, wołając: silentium! Wrażenie jest niesamowite, podziw dla kunsztu artystów!
Wszystko dobre, co się dobrze kończy
Pełni wrażeń wracamy na jacht po nasze bagaże, bo wieczorem mamy lot powrotny do Gdańska z lotniska Flumicino pod Rzymem.
Z żalem rozstajemy się z naszym kapitanem i sterniczką Anią. Do zobaczenia!
Ania







