Nasze hity

Regaty Garibaldiego

Nasze rejsy

Cyklady

Nasze galerie

Galeria-Smak Orientu Galeria-Orientalna afryka Galeria-Grecja Galeria-Kreta Włochy-Tunezja

Pierwsza relacja Wojtka z wielkiej wyprawy

Obecnie Woj jest w Atenach i odpoczywa. Wojtek Kowalik pływa wokół Ameryki Południowej. Będzie zaliczał Przylądek Horn. Od końca lutego planowane jest przepłynięcie jachtu z Grecji do Gdańska. Szczegółowy plan trasy ukaże się w najbliższym czasie. Poniżej początek relacji Wojtka.

20.10.10

Środa- dzień wyjścia, ostatnie przygotowania, genua, kotwica, sztauowanie i tankowanie wody i znowu przeciek. Wypływamy, ja naprawiam kolejny przeciek w instalacji słodkiej wody, a kapitan stwierdza, że autopilot nie działa?

Wreszcie po trudnościach prac przygotowawczych udało się wypłynąć. Dostaliśmy pozwolenie, tzw. sarpę na przepłynięcie do Puerto Melinka, gdzie mamy uzyskać dalsze na kolejny odcinek, najlepiej do Puerto Williams. Dzień przed odpłynięciem przy podejściu do tankowania stwierdziłem, że ster nie działa jak trzeba. Okazało się, że w prawo wychyla się o 10 stopni i znowu parę godzin straty na usunięcie awarii. Pogoda też nie dopisywała, bo lało i wiało, nie można było otaklować nowej genuy. Płyniemy najpierw na silniku, po wyjściu zza wyspy, zmianie kursu możemy postawić żagle, małego grota i genuę. Wreszcie piękna jazda, tego mi brakowało! Warunki są bardzo zmienne, trochę słońca, deszcz, prądy i wiatr trochę kręci i czasem odpoczywa. Do czterech pór roku brakuje tylko śniegu. Wieczorem wiatr nie chce współpracować, znalazł bukszpryt i się na niego nabija. No to my mamy w zanadrzu katarynkę. Niestety, jest tak aż do Melinki, chwilami powiewy dają możliwość postawienia żagli, ale to, tylko przebłyski. Z kapitanem zmieniamy się przy pilnowaniu prowadzenia jachtu i nawigacji przez załogę, która jest doświadczona, ale to dopiero pierwsze dni dość długiego rejsu. Dwa razy dziennie wysyłamy wiadomość o naszej pozycji do Armady de Chile, zgodnie z ich wymogami.

21.10.10 ok. 12.00 Puerto Melinka

Dopływamy Do Puerto Melinka. Kapitan idzie z Ewą, która trochę umie po hiszpańsku, do Armady załatwiać sarpe ( pozwolenie na przepłynięcie wyznaczonej trasy), na dalszą część trasy. Załoga zwiedza miasteczko, a ja podłączam jacht do prądu i pilnuję go. Niestety, zatankowanie wody jest niemożliwe. Ohydna, trzeba usta przepłukać rumem, żeby zęby nie powypadały albo glonami nie obrosły.

Po niecałej godzinie mamy nowe pozwolenie na dalsze płynięcie już do Puerto Williams. Załoga wraca bez zaplanowanych wędzonych ryb i na obiad mamy kurczaki. O 15.30 zwijamy cumy i w drogę. Przepływamy kanałami pomiędzy wyspami i wychodzimy na otwarty Pacyfik. Jest dość duża fala 4-5 m po ostatnim sztormie. Następny ma być za dwa dni. Musimy się śpieszyć z przepłynięciem do Golfo de Penas i Canal Messier. Wiatr jest słaby, martwa fala spora i towarzystwo katarynki nieodzowne.

22.10. 10

Godzina 02.30, sprawuję opiekę i pilnuję pracy agregatu, alternator z silnika daje trochę mało prądu, jak na naszą wypasioną elektronikę, poza tym podejrzewam, że prąd gdzieś ucieka, jakieś małe zwarcie.

23.10.10

Ta ostatnia uwaga to już 24 godziny później i dalej. Jesteśmy już na podejściu do kanałów patagońskich. Droga jest strasznie wyboista, wiatr o różnym nasileniu, ale generalnie nam sprzyja, gienia zmniejsza zużycie diesla.

Bardzo ciekawe, załoga nie choruje, wszyscy dzielnie dają sobie radę, ale mają kłopoty ze sterowaniem. Wysoka fala z baksztagu, skutecznie utrudnia utrzymanie kursu, nawet w granicach niezdrowego rozsądku. Częste burzowe porywy wiatru i opady deszczu doprowadzają do totalnego chaosu u sterników, na pewno nie pomaga im w tym wyciek oleju z pompy steru. To następna sprawa do załatwienia, a jest ich spora lista. System GPS zawiesił się dwa razy, w kokpicie Multi data nie pokazuje żadnych danych, pompa odpływu z prysznica już wycofana z listy ( uruchomiona), kibelek elektryczny woła o pomoc, jest w trakcie reanimacji, która potrwa dość długo. Muszę spisać wszystko, bo się pogubię z priorytetami. Zaczyna się rozjaśniać i zmęczenie daje znać, spałem tylko dwie godziny w nocy i trochę ponad dwie w dzień. Może później coś napiszę. Z tym spaniem to naprawdę kicha, mało czasu, dużo do zrobienia i nowe problemy.

wieczór 24.10.10

Stoimy w Puerto Eden. Ja znowu padam, ale trzeba pracować, agregat chodzi, bo chleb piecze nasza Gosia, drugi oficer - perfeto.

Przeszliśmy przez zatokę Golfo de Penas, tu zwaną zatoką bólu i smutku. Kocioł tworzony przez fale Pacyfiku, wiatr i prądy. Pięć mil przed wejściem do kanału kapitan wstał i poprowadził dalej, a ja do spania. Widoczność fatalna, wieje i przycina deszczem. Nawet nie widać pięknych ośnieżonych szczytów, które wiszą nad nami we mgle i chmurach.

Pobudka w południe. Niewiele się zmieniło, poza tym że nawigacja terystyczna (czyli na punkty namiarowe na brzegu i i na mapach chilijskich, oraz Patagonia & Tierra del Fuego, przewodnik po tych wodach,) poza tym wszystkie GPSy pokazują co innego, a na mapach elektronicznych zdobywamy górskie szczyty. Wiatr z baksztagu. spora fala trochę nami nosi, sternicy jakoś dają sobie radę. Powoli planujemy postój na noc i miejsce alternatywne. Przygotowuję liny do cumowania na pająka w zatoczce oraz ponton do desantu. Osobny temat to ubiór. Trzeba na ciepło i sztormowo w najcieplejszych butach. Pierwszy Waldek z Wojtkiem po pas w woderach. Na stół aktualnie wchodzi Doble-V (miejscowa whisky), przerwa, trzeba potowarzyszyć załodze. Nie może być normalnie, okazuje się, że winda kotwiczna nie działa i pozostaje mi obsługa ręczna i następny problem do rozwiązania. Też mam kłopoty z silnikiem przyczepionym do pontonu. Nie mogę rozgryźć, jaki ma problem, ale jakoś obsługuję całe manewry, łącznie z podpychaniem jachtu, czyli ponton robi za ster strumieniowy, bo jest wąsko i duże głazy pod wodą. Załoga jeszcze za widoku płynie na brzeg powiesić pamiątkową tablicę na specjalnym do tego przeznaczonym drzewie Są dwa takie miejsca na kanałach patagońskich. Robię sobie zdjęcie na jachcie z tabliczką, ktoś jednak musi Nashejchaty pilnować, a to bosmana sprawa. Później jemy kolację i ja do spania, zmęczenie daje się we znaki.

Samo miejsce postoju jest urocze, cisza pochłania wszystko. Rzeka daje mocny prąd i nanosi dużo materiału ziemnego z gór pokrytych lasem. Dalej w tle na około wyższe pasma pokryte śniegiem. Zieleń lasu, pni pokrytych mchem, biały śnieg leżący na czarnych magmowych skałach. Przejrzysta woda o lekko zgniło zielonym odcieniu i Nashachata w swojej czerwieni, wszystko w ciszy pogłębionej lekką mgłą i wilgocią, to niesamowite uczucie spokoju.

25.10.10

Rano nie całkiem wcześnie wstajemy i najpierw wyjście, a dopiero potem toaleta poranna i śniadanie. Mamy mocny wiatr i dość szybko płyniemy w kierunku Puerto Eden. Dowiaduję się, ze ta miejscowość ma około 170 mieszkańców. Podejście jest dość ciekawe, cumujemy gościnnie do statku rybackiego. Pada prawie bez przerwy. Rybacy niespodziewanie częstują nas ciepłymi, prosto z pieca, bułeczkami, dokładnie dla każdego po jednej, na ściereczce w ślicznym koszyczku. Rewanżujemy się dwiema butelkami czerwonego wina i proporczykiem rejsowym. Załoga udaje się na rekonesans. Mam chwilę spokoju na poświęcenie się Nashejchacie ( mojej chacie). Okazuje się, że będziemy mieli upieczony chleb, a wieczorkiem zjemy obiadokolację w osadzie. Tutaj każda rodzina i każda osoba ma swoje zadanie, swoje obowiązki. Jest jadłodajnia, gdzie większość pracujących w urzędach ma posiłki. My tam zjemy po ochronie pogranicza i armadzie. Ta ostatnia to Marynarka Wojenna po polsku. Są rodziny, które hodują warzywa, inne znów krowy. Mają prawie wszystko, aczkolwiek osada wydaje się biedna, to żyją całkiem przyzwoicie, wspomagani przez państwo. Drogi są drewniane, nie ma samochodów, ale jest oświetlenie na drodze i to ledowe. Szkoła dość spora z Internetem, salą sportową itd. Kolacja jest wyśmienita, zaraz po niej idę do koi, jeszcze przed świtem wypływamy.

26.10.10

Uruchamiamy windę kotwiczną, niestety nie do końca, jak się wieczorem okazuje, sukces chwilowy, udaje się też poprawić elektronikę nawigacyjną, lecz nie wszystko, a poza tym jest ona tutaj całkowicie niedokładna.

Płyniemy pod lodowiec Pius XI. Tutaj naprawdę zaczyna być poważnie, już 20 mil przed czołem lodowca pokazują się pierwsze odłamy lodu dużych rozmiarów. Mamy sporą trasę do przepłynięcia i nie wiadomo, czy w zatoce pod lodowcem będzie można przenocować. Musimy szybko płynąć. Niestety, pod wiatr dochodzący momentami do 9 w skali Beuforta nas hamuje. Woda powoli zmienia kolor i staje się mniej przejrzysta, cały czas towarzyszą nam delfiny. 10 mil przed lodowcem pokazuje się od czasu do czasu pak lodowy, małe kawałki razem zgrupowane. Delfiny już dwa metry pod wodą nie są widoczne, na 5 mil przed lodowcem woda jest już szara, niesie dużo drobnego materiału ziemnego i wulkanicznego. Zieleń lasów , czarne ośnieżone góry i wyraźnie odcinający się błękit lodowca, czoło jego schodzące do wody ma około 4,5 mili. Stoję na samym dziobie i wskazuję kapitanowi kierunek płynięcia, aby można było jak najbliżej podpłynąć. Wyraźnie słychać pęknięcia lodu, i huk spadających do wody odłamów, które wytwarzają spore fale. U dołu w pewnej części lód jest ciemnobłękitny i przejrzysty, musi być bardzo stary. Takiego koloru lodowca nie widziałem, ani w Norwegii, ani na Islandii. Pływamy ostrożnie i bardzo długo , przecież konieczna jest sesja zdjęciowa, na którą mamy mało czasu, bo oczy muszę mieć wszędzie. Szybko porozumiewamy się z Jackiem co do manewrów między bryłami lodu. Spuszczamy ponton na wodę, żeby można było porobić zdjęcia jachtu. Nawet tutaj dwieście metrów przed ludowcem pokazuje się grzbiet delfina bardzo wolno płynącego i jest całkiem sporo ptaków. Powoli musimy zawracać, nasza zatoka przewidziana do spania jest zamknięta lodem i trzeba płynąć gdzie indziej. Następna dogodna do kotwiczenia jest 27.10.10 .

Nocujemy na wysepce, załoga pali nawet ognisko. Przed świtem jeszcze po ciemku ruszamy dalej. Kanał tutaj jest szeroki i można dość bezpiecznie płynąć. Narzucamy spore tempo, jeszcze kawałek drogi przed nami, a chcemy popłynąć do Puerto Natale, a jest ono niestety oddalone od naszego szlaku w bok około 100 mil drogi więcej.

Mamy piękny dzień, ciśnienie się podniosło i świeci słoneczko. Jesteśmy już poniżej 50 równoleżnika na południe. Mamy krótko łączność z polską przez satelitę i jak zwykle wysyłamy dwa razy dziennie naszą pozycję i pozdrowienia do chilijskiej Armady. Naprawiam wreszcie w pełni windę kotwiczną, dostajemy w końcu maila od Pawła, jak podłączyć drugą antenę GPS i może poprawi się praca systemu nawigacji. Na noc stajemy w malutkiej i płytkiej zatoce w pobliżu małego jeziora. Robimy mały desant pontonem, żeby go obejrzeć. Jest pięknie, chodzenie po mchu, który ugina cię pod nogami na kilkanaście centymetrów. Niesamowite wrażeni robią na pół martwe drzewa, bardzo dziwne. Tutaj takie są lasy, nie spotyka się naszych iglastych drzew, całkiem inna kraina. Na kolacje Ewa z Krzyśkiem serwują gorące grzanki i do spania.

28.10.10

Rano wypływamy o 06.00, niestety pogoda się psuje, ciśnienie spada, o 07.00 już jest całkiem zimno i pada deszcz, ale jakoś nie robi to na nas wrażenia. Patagonia przyzwyczaiła nas do tego.

Jesteśmy już w Puerto Natales i mam Internet. To nie wszystko, co mam do napisania, miałem też wyścigi z delfinami: ja na pontonie, a one były dłuższe niż ponton, ale to kiedy indziej, teraz już to wysyłam.

Pozdrawiam woj

Więcej o wielkiej przygodzie Wojtka przeczytacie tutaj